RSS
środa, 10 lutego 2010
wicie gniazda
Tak to nazywają. Ja bym to nazwała raczej "obsesyjnym uczuciem motorka w dupie, który nie pozwala ci odpocząć ani chwilę i podsuwa myśli o najbrudniejszych zakamarkach w twoim domu"...
No wczoraj mnie trafiło.
Zaczęło się od szafek w przedpokoju, które zachlapane lekko były błotkiem, żwawo przeszło do wyczyszczenia ściany o którą ktoś się oparł brudnymi paluchami, po czym płynnie wyszorowałam drzwi wejściowe, które pokryte były resztkami farby od ostatniej wizyty malarzy klatki schodowej miesiąc temu, popłynęłam w kierunku piekarnika, który się trochę zatłuścił, poświęciłam czas szafce, w której stoi kosz na śmieci i skończyłam na szorowaniu półki na buty, bo ubłociła się śniegiem i piachem.
Byłam z siebie naprawdę zadowolona. Jakieś życie wydało mi się piękniejsze.
Dziś mam w planach czyszczenie szczoteczką do zębów (nie własną i nie męża, nie martwmy się) przewodu od prysznica i układania ubrań pod linijkę w szafach. Potem zastanowię się nad szafką z garnkami, jakaś taka smutno brudna wewnątrz jest...A potem to już chyba pozostanie mi czyszczenie listewek przypodłogowych szczoteczką do zębów, bo nie mam zbytnio innych pomysłów...
Myślę, że w głowie zamiast mózgu mam galaretę, ale co mi tam!
12:07, naufrago
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 lutego 2010
żeby nam się nie nudziło
Wiecie, niedziela, jak niedziela... Chałupa posprzątana w sobotę, leniwie przeciągamy się w łóżeczku, pies chrapie bo jeszcze wcześnie, słonko zagląda nam w okno a ja czuję mdłości - ale w końcu w ciąży jestem nie?
Otwieram oko lewe - coś nie tak z żołądkiem, po otwarciu prawego już wiem że muszę biec do toalety.
Więc biegnę nieomal rozdeptując 36 kg labradora i wybijając na nim zęby.
I tak mi zostaje. Od 8 do 11 rano jestem prawie cały czas w kibelku, dwustronnie wydalam treści pokarmowe, potem wodnistą maź. Zaznaczę, że ostatni raz wymioty u mnie wystąpiły jakieś 20 lat temu po zatruciu frytkami. Więc wiem że coś nie tak.
Dzwonię do koleżanki - lekarza. Specjalizację robi daleką od ginekologii czy interny, ale lekarz nie? Nakazuje mi jechać na Izbę Przyjęć bo tak może zaczynać się poród.
Jedziemy.
Spokojni, opanowani, z torbą spakowaną.
Na Izbię czekamy 2 godziny, w tym czasie zwiedzam szpitalny kibelek i dostaję regularnych skurczy. Na KTG też skurcze jak nic.
W końcu lekarz. Skurcze są, ale nie ma którędy rodzić, sklep zamknięty na cztery spusty.
Dostaję zastrzyk i każą mi się skonsultować z internistą.
Robią mi badania, kładą pod kroplówki. Po kilku godzinach kurcze mijają. KTG ich nie wykazuje.
Mogę wrócić do domu. Zatrucie pokarmowe a co za tym idzie wymioty pobudziły macicę i stąd mój kolejny mini poród. Taaa. Mam nadzieję że ostatnia próba to była, a następna będzie już premiera. Bo mąż mi się wykończy.
Teraz dietka, odpoczynek i spokój.
Mąż tylko z rozrzewnieniem patrzył na uśmiechniętego faceta , który przebierał się by uczestniczyć w porodzie i rzekł: "też już bym chciał..." Ba, kto by nie chciał!
Poczekamy, mamy czas....
11:08, naufrago
Link Komentarze (2) »
piątek, 05 lutego 2010
Gdzieś pomiędzy turlaniem się z psem w śniegu a prasowaniem dokupionych ostatnio ciuszków dla Małego dociera do mnie ten fakt niepodważalny, że oto za 4 tygodnie dokładnie wybija nasz czas.Oczywiście, może to być 2 tygodnie, albo co bardziej prawdopodobne, 6 tygodni, ale jednak bardzo niedługo, nieodwracalnie, namacalnie.
Dociera do mnie, że nie będzie już tak łatwo wyjść z kumpelsiami do zadymionej knajpy ani ponarzekać na nudę po raz tysięczny oglądając 22 odcinek Friends. Nie da się o 13 pohasać z sierściuchem po polach i łąkach i nieużytkach. Nie będzie można zeżreć wielkiej paki chipsów i zapić butlą wina bo jako Matka Polka mam zamiar piersi swej dziecku przez jakiś czas użyczać. Nie da się wyspać i przeciągając o 11 w sobotę deliberować czy już wstać, czy pies się z sikaniem jeszcze wstrzyma?
Dobrze, że ze szczeniakiem przerobiłam kupy, wymioty, marznięcie na deszczu i mrozie by się wysikał, niszczenie osprzętu, cierpliwość, cierpliwość, cierpliwość.
Trochę wprawy mam.
A reszty się nauczę. Nie ja pierwsza i nie ostatnia.
A mały falstart już był.
Nieprzespana z bólu noc, niezdecydowanie, jechać do szpitala czy nie, strach, niepewność i troska o Małego. Ucichło. Daliśmy radę. Nasz pseudo poród trwał od 21 do 5 rano. Poradziliśmy sobie nie wzbudzając w sobie paniki, bez szpitala i dzwonienia w środku nocy do lekarza.
Pierwsze koty za płoty, teraz największy egzamin życia przed nami...
Tylko kto wyznaczy datę?
11:01, naufrago
Link Komentarze (4) »
piątek, 22 stycznia 2010
o narodzie polskim
Mam dosyć. Mam dosyć słuchania o tym jaka straszna jest ta zima i jaka okropna i be i fuj i chyba skoczę z mostu z powodu śniegu. Ludzie, po to jest zima żeby było zimno i biało! A czego się spodziewaliśmy? Cytrusów na drzewach i kicających zajączków w styczniu?! No nie mogę już czasami tych zmartwionych dziennikarzy i załamanych napotkanych kierowców znieść.
Uważam, że nie ma prawa narzekać na ostrą zimę ktoś, kto
- siedzi w domu na zwolnieniu
- nie pracuje wcale
- nie pracuje w kiosku, na bazarze lub przy odśnieżaniu ulic
- nie dojeżdża do pracy rowerem
- nie porusza się na wózku inwalidzkim lub z laską z powodu ociemnienia
- ma prąd, ogrzewanie i ciepłą wodę
Ale oczywiście, nic z tego! Najbardziej narzekają przeklęte japiszony, którym się szpilki zmoczą podczas wsiadania do samochodu, albo ci, którzy stoją w korkach z powodu większej ilości śniegu - podkreślam, że w ciepłym samochodzie, z muzyczką, podczas gdy miliony innych tkwią w tramwajach z głową pod pachą innego pasażera, w smrodzie i zarazkach.
Och to takie strasznie, musiałem dziś 10 minut odśnieżać samochód, och, dlaczego los mnie tak doświadcza????

Musiałam się wyżyć. Bo pamiętam jak byłam w liceum, a pochodzę ze Wschodu Polski i szłam pół godziny do szkoły piechotą przy -20 stopniach, radośnie zarumieniona a na szkole napisano że zamknięta do odwołania bo mróz. I kolejne pół godziny na mrozie! I jakoś żyję, mam się dobrze i co więcej uwielbiam taką zimę.
I nie przeszkadza mi wielki brzuch, by codziennie z psem po polach po kolana w śniegu godzinę pohasać, natrę się grubo kremem, ubiorę na cebulę i wio!A jak się czuję po powrocie! - jak nowo narodzona! I cztery razy w tygodniu poruszam sie środkami komunikacji miejskiej, w której tylko raz ustąpiono mi miejsca, stoję w zaspie, czekam, marznę i też nie narzekam. Ludzie, trochę więcej optymizmu, doprawdy! Śnieg jest piękny, zwłaszcza jak świeci słonko, daje tyle radochy, a że trochę utrudnia? No nie ma nic za friko. Wolicie rozmemłane błoto, deszcz i przygnębiającą ponurość?
Ja nie.
I tak zaczynam już 35 tydzień. I myślę, że mój syn też kocha zimę. Prawdziwą, przejmującą chłodem i białą.
11:37, naufrago
Link Komentarze (4) »
środa, 13 stycznia 2010
spokojnie
Zostało nam 7 tygodni w jednym ciele. Oczywiście w wariancie optymistycznym, bo może być krócej lub dłużej. Ale zgodnie z wyliczeniami 7 tygodni. Mało. Krótko. Stresująco.
Prawie wszystko gotowe. Kipi nowością, świeżością, pachnie dziecięcym proszkiem do prania.
Nowo zakupiona torba do szpitala się wietrzy a ja jestem dość spokojna.
Biorę przykład z psa. Ten stwór niesamowity przyjmuje wszystko ze stoickim spokojem. Malarze na klatce schodowej szurają i stukają, hałasują od 3 dnia, a on jakby nigdy nic śpi śpi śpi. Nie reaguje na nich ani wąchaniem, ani skakaniem, ani szczekaniem, ani krzty zainteresowania. Śpi, bo czuje się bezpieczny i kochany. I wie e ktoś przy nim jest.
I chyba mam tak samo. Nie jestem sama, obok mam męża, który mnie nie zawiedzie, wszystko jest dobrze, ćwiczę oddychanie jak kazała położna i wierzę, że przetrwam. Tak jak miliony kobiet. I nawet się trochę nie mogę doczekać tej podróży w nieznane. Chociaż będzie trudna i bolesna...Ale wierzę że jej finał będzie nagrodą i najpiękniejszym prezentem życia.

Póki co brnę przez 60 cm warstwy śniegu z psem, on biegnie, ja pełznę. On zdąży dobiec do lasu, ja dopiero z osiedla wychodzę. Dyszę, sapię, stękam. Zatrzymuje się co parę metrów, wołam go, przybiega, nadrabiając dzięki temu dużo kilometrów. Potem w domu padamy oboje wykończeni - on bieganiem, ja pełzaniem. Żółw przy mnie to rakieta. Nawet myślałam o wypadzie do zoo by sprawdzić swoją prędkość w porównaniu do jednego z takich stworzeń...
A zobaczyć biało-czarny kadr czyli zabawy mojego psa na śniegu - bezcenne. Można by je określić następująco:
- "świder" - wkręcanie tułowia w tunel śnieżny, dobrze że ogon wystaje i się rusza, wiem że żyje
- "hula kula" - turlanie się w śniegu by uzyskać jak najlepszy wynik oblepienia
- "lodziarnia" - zjadanie śniegu i sopli lodu, wielka frajda dla jedzącego
- "kura szuka ziaren" - grzebanie w śniegu w celu odnalezienia patyka, gałązki, papieru, truchła myszy bądź ryjówki
- "zielono mi" - bieg z podskokami po śniegu, wygląda jak szybowanie, unoszenie się nad ziemią
- "foka" - skok w śnieg całkowicie zarywający psa i próba wydostania się z niego, wykonywanie ruchów jak foka na lądzie

Nic dziwnego że po spacerze boli mnie brzuch. Ze śmiechu.
10:47, naufrago
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 stycznia 2010
całkiem nowy rok
Zaczął się dla mnie dość nieoczekiwany sposób na kilku frontach
- mąż odczuwał ból głowy po zbyt dużej ilości szampana
- miałam do pokonania wyprasowanie stosu dziecięcych ciuszków, niby w pierwszy dzień nowego roku nie powinno się, ale i tak mam zamiar to robić w kółko w tym 2010 więc nie oszukujmy się, nie?
- pies zeżarł na spacerze całe skrzydło gołębia razem z piórami, potem wdzięcznie je zwymiotował na podłogę w dużym pokoju - na szczęście mimo ciąży refleks i siłę się ma, odciągnęłam go z dywanu na parkiet, by tam zrobił co zamierzał
- przeprowadziłam umoralniającą pogadankę z sierściuchem na temat tego, iż wkrótce stanie się numerem dwa w naszym domu i musi to przyjąć z godnością i dojrzałością - nie wiem czy zrozumiał, sądzę że patrzył mi na usta tylko dlatego, że chwilę wcześniej zjadłam kotleta...
- mąż w ataku złości na psa z powodu pożarcia bogu ducha winnego skrzydła gołębia uderzył go niszcząc przy tym nową obroże, która miała powstrzymać psa przed ciągnięciem na spacerze - proszę nie powiadamiać Animalsów, mąż obiecał, że się poprawi, zwłaszcza że szkoda mu kasy na coraz to nowe obroże...Zapoznałam go też z kampanią "kocham nie biję", więc wszystko jest na dobrej drodze

No i tak.
I sobie myślę, że ten 2010 to nam raczej upłynie pod znakiem dziecka chyba , nie?
Cieszę się ogromnie, ale jest we mnie niepokój...No bo jak to? Nagle wszystko ma być mniej ważne? Nawet pies? Kurde, chyba muszę to sobie jakoś poukładać - lubię mieć na wszystko dobry plan...A potem plan i tak pieprznie, bo gdy rodzi się dziecko, przewraca świat do góry nogami, nie?
Ojojoj

14:47, naufrago
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 grudnia 2009
tak dawno, a jakby wczoraj...
Pół roku temu.
Sześć miesięcy. Około 26 tygodni.
Cały nasz Świat wtedy zatrząsł się i zawirował.
To miał być stracony cykl - zupełnie na luzie, bez leków, bo chciałam krew oddać i wiedziałam, że one przeszkodzą, a poza tym i tak nie działają chyba, a w następnym miesiącu czekała nas inseminacja. Już miałam umówioną wizytę u doktorka, na konkretny dzień i godzinę.
To był słoneczny poniedziałek. Po leniwym weekedndzie połączonym z sobotnią imprezą z okazji 30 urodzin Najlepszego Męża, z pięknym tortem, prezentem od Wittchena, gośćmi i dużą ilością alkoholu - mąż posłusznie podreptał do pracy o rok starszy, a ja leniwie przeciągałam się w łóżku do 8. O 8 pies zazgrzytał zębami, że siku i siku. I głód.
Wstałam. I pomyślałam, że ta cholerna miesiączka nie powinna się spóźniać akurat teraz 4 dni, bo wizyta umówiona, wszystko dograne i trzeba działać, a tu znowu jakieś obsuwy.
Przeszło mi na myśl, że apteka za rogiem.
I prośba męża, by nie robić testu, bo po co?
I obietnica moja, że nie zrobię.
I siku mi się chciało .
I psu.
Ubrałam się, przygotowałam do wyjścia i wyszłam z psem zaciskając nogi.
Ni skorzystałam z toalety, nie wiem czemu, choć to zawsze pierwsza rzecz, którą robię rano.
Wracając z psem ze spaceru, pomyślałam: kupię ten cholerny test. Tyle razy się rozczarowałam, raz nie zrobi różnicy. Popłaczę i przejdzie.
Na zegarku 8.53. Aptekę otwierają o 9.00. I targowanie się z losem: jeśli będzie już otwarta kupię, jeśli nie, zapomnę o wszystkim i grzecznie poczekam na czerwoną koleżankę.
Otwarta.
W domu czekam. Na wynik. Choć widzę już w momencie odkładania testu na pralkę lekką drugą kreskę. Patrzę na nią przez te cholerne 3 minuty a ona nie znika. Wprost przeciwnie. Robi się coraz intensywniej różowa.
Ręce mi się trzęsą. Drżę cała. Dzwonię do siostry, płaczę, nie mogę nic z siebie wydusić doprowadzając ją do zawału prawie.A potem...
siedzę, siedzę, siedzę.Drapię psa za uchem i patrzę w okno. Nie wierzę.
Zrywam się i pędzę do łazienki, robię sobie oko, wkładam najlepsze ciuchy i pędzę na autobus, potem na kolejkę. Nie wiem gdzie i jak po drodze kupiłam malusie skarpetki i ozdobne pudełeczko, nie wiem jak doszłam tam gdzie miałam dojść, ile to trwało, ani co robiłam w czasie podróży.
Dzwonię do męża i mówię, że czekam na niego przed drzwiami firmy. Ręce mi się trzęsą, pocę się, te 2 minuty ciągną się jak miesiąc.
Kiedy wychodzi spokojnie wręczam pudełeczko, mówiąc że to jeszcze jeden prezent urodzinowy, że nie mogłam się oprzeć.
Otwiera. Nie dowierza. Jego wzrok w tamtym momencie...Nigdy go nie zapomnę. Patrzy na mnie jak na wariatkę, która poprosiła jakąś inną ciężarną o nasikanie na swój test i teraz kłamie, że to jej własny.
Ma łzy w oczach, przytula mnie. Nic nie mówimy. Milczymy i w tym wyraża się cała nasza radość, niepokój, miłość i odrobina strachu. Ale od początku jesteśmy nastawieni na sukces. Teraz się uda.
A potem idę na plażę. Piasek pod gołymi stopami śpiewa, słońce promienieje jak ja. Mąż przysyła co 5 minut smsy z niedowierzaniem, miłością i radością. Myślę, że tego dnia firma mogła przez niego zbankrutować, tak był nieprzytomny..

29 czerwca. Jeden z najszczęśliwszych dni w naszym życiu.
19:24, naufrago
Link Komentarze (6) »
środa, 23 grudnia 2009
o Mikołaju
Okazuje się, że jak tego grubasa w czerwonej czapie i z białą brodą trochę przycisnąć do muru to się znajdą wymarzone prezenty...(odsyłam do notki z 23.12.2008). Postraszyło się go trochę i proszę. Tak wiele przyniósł nam ten 2009 rok, że aż nie wiem jak zacząć.

  • mąż ma prawie od roku nową, lepszą, ciekawszą, rozwijającą pracę, co sprawia że i ja jestem szczęśliwsza
  • mieliśmy w zimie śnieg i -15 mrozu co sprawiało, że kwiczałam z radochy, pies też, choć on raczej bezdźwiekowo
  • ścieżek rowerowych jest trochę więcej, a jeszcze więcej jest odnowionych i udoskonalonych
  • mój brzuch nie zrobił się bardziej płaski, ale jakoś nad tym nie ubolewam
  • mamy nasz CUD!!!
Cud Tymkowy sprawia, że rozpiera mnie duma, szczęście, radość. Na szczęście mam długie ręce bo inaczej nie mogłabym dosięgnąć do klawiatury, bo przez brzuch nie mogę krzesła do biurka dosunąć. W nocy stękam i sapię, mąż pomaga mi się podnieść kiedy chcę wyjść do łazienki.
Zapomniałam jak wyglądają moje stopy, ale jakoś nigdy nie byłam z nimi związana emocjonalnie więc nie narzekam.
Pies na spacerach robi ze mną co chce, bo nie dam rady go szarpnąć i doprowadzić do porządku. Ma szczęście że go kocham kundel jeden.
Pozamiatanie podłogi to symfonia dźwięków niezbyt miłych bo znów sapanie, stękanie, wzdychanie.
Ale to najpiękniejszy czas w naszym życiu. To wielkie oczekiwanie, planowanie. I chyba najpiękniejsze święta w naszym życiu. I dlatego nie mogę się ich doczekać.
Synek waży już 1,4 kg i w każdej chwili czuję jego hopsa- sa. Nigdy się nie spodziewałam, że to uczucie będzie aż tak obezwładniająco cudowne. Ze go doświadczę.
I oto dzieje się nasz cud.Uczestniczymy w nim z nutą niedowierzania i zachwytu. Z lekką dozą niepokoju co przyniesie przyszłość ale i ze spokojem w sercu, że podołamy losowi. Jaki by nie był. Bo jesteśmy razem.
A do tego mamy psa. Wielkie 36 kg radości, wierności, miłości i przywiązania.

Dlatego św. Mikołaju życzę sobie tylko zdrowia, reszta przyjdzie sama....

Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie - dużo pokoju w sercu, radości i miłości i zdrowia i wiary w wasz CUD.

14:18, naufrago
Link Komentarze (1) »
piątek, 04 grudnia 2009
nie do wiary
Siedzę w autobusie, na tzw. poczwórnym siedzeniu, obok i naprzeciwko młodzi faceci - raczej zdrowi - wiek ok.30 i kobitka po 50tce.Nad naszymi siedzeniami naklejki z "dziadkiem", że wiecie, miejsce dla inwalidy, starszego itd... Przystanek przy szpitalu, drzwi się otwierają, ledwo się wtacza pani babcia o kulach (dwóch!) i jej mąż pan dziadek starszawy. Babcia aż się trzęsie, cięzko jej złapać równowagę, ale chyba jest zbyt mało bezczelna by prosić o miejsce. Staje tuż obok. Siedzę, patrzę znad brzucha na facetów i nie wierzę. NIE WIERZĘ. Jeden zerka w okno, drugi rozkłada gazetę. Chce mi się wrzeszczeć, wyć, strząsnąć nimi, sprać po pysku, splunąć, bluznąć i zrobić wszystkie inne rzeczy jakie nie przystoją kobiecie zwłaszcza w 7mym miesiącu ciąży.
Wstaję. Serce mi pęka. I choć to dla Tymka niebezpieczne, bo od długiego stania robi mi się słabo i mogę fiknąć, wstaję. Z uśmiechem oferuję babci miejsce.
Dziadek patrzy na mnie, patrzy i kręci głową. Potem mówi głośno:" Co to za świat, pani w ciąży wstaje, a młodzi mężczyźni siedzą! Co to za świat!!!?" I pięknie się uśmiecha i dziękuje mi.
A mi jest błogo aż Tymek fika koziołka w podzięce za taki dziadkowy uśmiech.
Faceci nawet nie drgną. Jeden prawie nos do szyby jak glonojad przykleił, drugi coraz szybciej przewraca strony "Wyborczej".A mi jest za nich wstyd.
Wierzę, że są zmęczeni. Że mają problemy, ciężką torbę, zmartwienia i że akurat w tej chwili mają ochotę posiedzieć. Wierzę, że spotkali chamskie babce, co to parasolem przez łeb, niby niechcący i torbą po ramieniu i awantura, bo ona z rynku jedzie, 20kg śledzi dźwiga, jeden z drugim nie ustąpi....
Ale cicha kobitka o dwóch kulach inwalidzkich???? Ludzie, gdzie wasza wrażliwość?
Może nie nauczono mnie w domu francuskich manier i nie mam savoir-vivru w jednym paluszku, ale wiem, że starszej pani/panu i kobiecie w ciąży się po prostu ustępuje. Tak mam zakodowane i tego się zawsze trzymałam. Nie umiem udawać że nie widzę, słuchawki od mp3 paliłyby mnie w uszy, a książka w ręce. Taka prosta sprawa, czy nie możemy być dla siebie choć trochę milsi?
I myślałam, że to dobro zrobione kiedyś powraca...

No to mam. W 7mym miesiącu ciąży stoję w autobusie modląc się, by mi się nie zrobiło słabo. Ale ta lekcja mnie nie zniechęci. Bo mam po prostu dobre serce. A co z tego wynika, twardą dupę.
16:11, naufrago
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 grudnia 2009
desperacja
Zaparłam się. Muszę mieć psa, który przychodzi na wołanie. Nie będę przecież jako Główny Wyprowadzający obdarzony ostatnio 7 kg dodatkowej wagi i tobołem na miejscu brzucha latać za moim sierściuchem, kiedy zbliża się człowiek lub nie-daj-Boże- człowiek z psem. Pies może mieć wybryki. Może nawet zjeść kupę obcą, wytarzać się w kałuży lub zeżreć mi kolejną skarpetkę. Ale musi przychodzić na wołanie, nawet rozpraszany.
Zakupiłam w sklepie zoo gwizdek ultradźwiękowy. Pomyślałam, że to kicha, bo za 7 PLN cudów nie sprzedają. I za przeproszeniem pies jest lepszy od człowieka bo słyszy ultradźwięki, których ja nie słyszę? - no ktoś mnie tu chyba chce obrazić?
Ale cóż był robić. Przywdziałam nowe różowe gumiaczki, uzbroiłam się w rzeczony gwizdek i kiełbasę śląską (coś extra, nie zwyczajowe psie ciasteczka) i ruszyłam. I.............. pies został spuszczony ze smyczy na bezpiecznym terenie. Niuchał sobie a ja gwizdnęłam - chyba, bo sama tego nie słyszałam. Przybiegł jak strzała. Dostał kiełbasę i w długą. Bawił się butelką - gwizdek i on już tu jest! A potem z zarośli wyskoczył zając i pomknął w siną dal - pies za nim, więc gwizdek i.....obrót o 180 stopni i kiełbasa w pysku!!!!
Pierwsze lekcja zaliczona. Cieszyłam się jak mały Kaziu. Skoro dał się odciągnąć od butelki i zająca, to jest nadzieja. Kiełbasą pachniała mi ręka do końca dnia, wymazałam nią kurtkę, ale warto było.
Może się da spacerować z kudłatym i z Synkiem?
10:50, naufrago
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
www.flickr.com